Dodana: 29 marzec 2007 10:15

Zmodyfikowana: 29 marzec 2007 10:15

Saniami przez królestwo króla Puszczy Białowieskiej

Dom Myśliwski leżący na skraju dawnego Parku Myśliwskiego, należącego niegdyś do carów rosyjskich we wschodnio-polskiej części Białowieży, zupełnie odbiega od wyobrażeń, jakie wywołały kopuły cerkwi na końcu wiejskiej uliczki i zachowane jeszcze budynki dworu.

Zniszczona budowla, która od lat 70-tych nie była już więcej odnawiana, w przeszłości dawała schronienie licznym funkcjonariuszom sowieckim, jednak w XIX wieku stanowiła w chłodne zimowe dni miejsce obfitych konsumpcji wódki przez arystokratycznych turystów przybywających na polowania.

Widok ośnieżonego parku z jego wiekowymi dębami, bukami i lipami jest dziś rzeczywiście tak piękny jak i wówczas, gdy carowie rosyjscy w swojej polskiej guberni polowali na niedźwiedzie, wilki i jelenie. Już wtedy Białowieża była, ze swoimi gęstymi lasami i bogatym zasobem dziczyzny, warta uciążliwej podróży arystokratów. Za czasów Związku Sowieckiego po strzelbę myśliwską mogli sięgnąć zasłużeni towarzysze przybywający jako goście komunistycznego rządu polskiego, jak również ideologicznie podejrzani myśliwi z zachodu, którzy prawo do polowań wykupywali sobie w dewizach.

Tym razem z pewnością nie popłynie krew żadnego jelenia. Pan Jurek zaprzągł do sań krępego gniadego konia, pod którego podkowami mocno skrzypi zamarznięty śnieg. Pan Jurek, pracownik leśnictwa polskiego parku narodowego, również krępo zbudowany i ubrany w buty filcowe, pomimo lodowatego zimna, uważa rękawiczki, szalik lub czapkę za zbędną zniewieściałość.

Dla swoich gości ma jednak przygotowane ciepłe koce. „Owińcie się dobrze” przypomina troskliwie. „Po drodze może być bardzo zimno”. Drewniana podłoga sań, która wygląda jakby była wyciosana jeszcze przez dziadka pana Jurka, jest wysłana sianem. W mroźnym powietrzu zapach siana jest jeszcze bardziej wyraźny.

„Prrrrrrr, jeszcze nie!” Powstrzymywany ruchliwy gniady koń, już chce pokłusować, podczas gdy turyści zajmują się jeszcze kocami. Potem mlasknięcie językiem, lekki klaps biczem w krzepki pośladek konia.

Sanie skrzypią, koń parska – pierwsze metry na raczej cienkiej pokrywie śnieżnej są trudne. Już po chwili jazda nabiera rozpędu. Opuszczamy teren Parku Pałacowego i już gniady koń biegnie szybko przez płaską, zaśnieżoną równinę Puszczy Białowieskiej.

Lodowaty wiatr silnie zaczerwienił kanciastą twarz woźnicy. Podróżujący podciągają wyżej koce. Właśnie wełniane działają rozgrzewająco, teraz jednak niemiłosierne zimno toruje sobie drogę przez włókna. Koce i rękawiczki, kozaki i izolująca warstwa siana nie pomaga, mimo wszystko jest przenikliwie zimno. Ścisły kontakt z sąsiadami staje się nagle bardzo pożądany.

Końce palców wydają się być w dotyku już bardzo zlodowaciałe, gdy sanie zatrzymują się przed masywną, drewnianą bramą. „Park Narodowy” jest napisane grubo wyciosanymi drewnianymi literami na bramie wejściowej. „Przypomina raczej Park Jurajski” przebąkuje jeden z podróżujących. Nie prehistoryczne, ale z pewnością oryginalne wrażenia czekają po drugiej stronie bramy i wtedy dopiero zsiada z sań pan Jurek. Zeskakuje lekko z powozu – czy ten człowiek wcale nie przemarzł?

„ Już od 1930 roku stoi ta brama, zobaczcie tylko, jaką jakość mają nasze dęby” – mówi dumnie. Gdy brama została wzniesiona, istniał już najstarszy polski park narodowy – utworzony w 1921 roku, jest on prawie tak stary jak nowopowstała po I Wojnie Światowej Rzeczpospolita Polska. Starsza, dużo starsza jest oczywiście sama puszcza, ostatnia już w Europie. Puszcza Białowieska obejmuje powierzchnię 150 000 hektarów, większa jej część leży na terytorium Białorusi.

Pan Jurek zapala pośpiesznie papierosa i przestępuje z nogi na nogę. „Ostatnia okazja. W lesie obowiązuje ścisły zakaz palenia”- wyjaśnia. Zasada „ścisłej strefy ochronnej” po drugiej stronie dębowej bramy obowiązuje wszystkich. Od 85 lat nie ma tam już żadnej ingerencji człowieka w przyrodę.

Puszcza Białowieska od roku 1977 jest uznana przez światową organizację dziedzictwa UNESCO za rezerwat biosfery i stanowi część światowego dziedzictwa naturalnego. Zwyczajny spacer przez puszczę jest także zabroniony żarliwym przyjaciołom przyrody. Codziennie tylko określona liczba odwiedzających może zwiedzać strefę chronioną, a bez przewodnika parku narodowego nikt nie jest wpuszczany.

„Także żadnych samochodów straży pożarnej i żadnych karetek”- ostrzega Pan Jurek i zadeptuje butem jeszcze żarzące się resztki swojego papierosa. Na leśnych drogach, po których jeżdżą tylko wozy albo właśnie konne sanie, przeciętny samochód straży pożarnej byłby niewystarczająco terenowy.

Koń parska protestująco, gdy woźnica energicznym szarpnięciem cuglami daje sygnał do dalszej jazdy. Śnieg skrzypi pod płozami sań, na których od czasu do czasu mocno trzęsie, gdy potykają się o kamień albo korzeń ukryty pod pokrywą śniegu i lodu. W rezerwacie nawet wiatr jest bardziej znośny. Po lewej i prawej stronie brzegu drogi dęby i świerki skierowane są ku niebu. Na nasłonecznionych miejscach, na pniach drzew widoczny jest gęsty mech. Latem, las wydaje się być zanurzony w zielono-złotym świetle, teraz jednak jest zimową wizją czerni i bieli.

Potężne pnie leżą porośnięte krzakami, leżą w poprzek w poszyciu leśnym. „ Przyroda reguluje tu wszystko sama”, podkreśla Pan Jurek. „Kiedyś drzewa się zestarzeją i umrą, i kiedyś też się przewrócą.” Najstarsze dęby – sękate olbrzymy Puszczy Białowieskiej mają ponad 400 lat.

Pracownicy leśnictwa przychodzą z piłami tylko wtedy, gdy drzewo powali się na drogę i przez to uniemożliwia przejazd. „Wtedy jesteśmy czasem całymi dniami zajęci” mówi woźnica. „ Wszystko musi być ręcznie piłowane – maszynami nie możemy tu pracować.”

Hałas maszyn w ciszy lasu, w którym tylko śpiew ptaków i od czasu do czasu trzaski w poszyciu tworzą dźwiękowe kulisy, byłby bolesnym zakłócaniem spokoju. Nawet w puszczy nie obejdzie się bez biurokracji, zdradza Pan Jurek. „O każdym powalonym drzewie jest prowadzona dokumentacja- w zeszłym roku za sprawą wielu burz było ich ponad 600.”

Na rozgałęzieniu dróg woźnica skręca energicznie w lewo. „Tylko trzy kilometry i jesteście na Białorusi”, wskazuje z uśmiechem na prawo. Dużo przemytu nie ma, mimo bliskiego położenia, tylko okazyjnie próbowano przeprowadzać nielegalnych imigrantów przez granicę. „Ale właściwie puszcza jest dla nich miejscem zbyt niepewnym i niebezpiecznym. Trzeba tu znać drogę naprawdę dobrze.”

To jest przecież prawdziwa dzicz. Większość z 15 000 rodzajów stworzeń to, co prawda „nieszkodliwe” chrząszcze, insekty i motyle, ale jednak spotkanie z gżącymi się jeleniami, dzikami albo nawet wilkami mogłoby być niebezpieczną przygodą.

„Wilki troszczą się tu same o równowagę naturalną, dlatego nie musimy już wcale ingerować”, mówi zadowolony Pan Jurek. Prawo dżungli sięga aż do dzikiego wschodu Polski. Słabe albo chore zwierzęta są najłatwiejszą ofiarą drapieżników.

Tylko przed królem puszczy – żubrem, nawet głodne wilki zachowują bezpieczną odległość. Gatunek tych masywnych zwierząt był w Europie już prawie wymarły, gdy w 1923 roku w Puszczy Białowieskiej postanowiono go restytuować. W międzyczasie liczba tych zwierząt wzrosła do około 350 sztuk – tak dużo jak nigdzie indziej w Europie. Także podczas jazdy saniami wzrok wędruje w poszukiwaniu żubrów, które objawiają sferę prywatną w głębiach puszczy.

„Gdybyśmy chcieli jechać drogami, jazda przez strefę chronioną, saniami albo wozem, trwałaby pięć, sześć godzin”, mówi Pan Jurek i mimowolnie wszyscy naciągają swoje koce jeszcze trochę wyżej. „Ale nie dzisiaj. Dziś jest za zimno”, uspokaja od razu. „Mięczaki”, jego myśl zdradza ironiczna iskra w szaroniebieskich oczach, gdy spogląda przez ramię na grubo opatulonych zamarzających mieszczuchów.

Klepie biczem lekko w bok gniadego konia, który dzięki temu zwiększa jeszcze swoje tempo. Jazda saniami Anny Kareniny i innych postaci rosyjskiej literatury musiała być na pewno wygodniejsza dzięki temu, że wnętrze sań było wyłożone obfitymi futrami, ale zapach żywicznego drzewa, siana i spoconego konia działa mimo chłodu przytulnie.

Następny zakręt prowadzi rzeczywiście z powrotem do dużej dębowej bramy. Jeszcze tylko kilka minut na przeraźliwym zimnie i już znowu Dom Myśliwski. Z wyjątkiem Pana Jurka, wysiadanie z sań sprawia wszystkim trudność – mróz może nieźle odrętwiać. Dopiero podczas nagradzania dzielnego gniadego konia, przezornie zabranymi jabłkami, przynajmniej nasze palce staja się coraz cieplejsze.

Eva Krafczyk

(tłumaczyła Agnieszka Gołębiewska)

facebook